ABS0LLUT
Komentarze do artykułów: 1528
W nawiązaniu do poprzedniej sesji...Radny Michał Bulanda mówił o „uniwersalności” i „odwadze w podejmowaniu decyzji”, sprowadzając mandat radnego do prawa decydowania bez pytania mieszkańców. To bardzo wąskie rozumienie demokracji. Mandat nie znosi dialogu – szczególnie w sprawach symboli, które mają łączyć wspólnotę.Na obecnej przeszedł od "odważnych decyzji" do odważnych przeprosin i jako jedyny szczerych.
Przeważnie w dzień mogą sobie pozwolić na taki luksus (bycia na sesji) osoby na emeryturze lub na diecie xD. Młodzi wtedy uczą się lub pracują, odprowadzając podatki na utrzymanie "swoich" przedstawicieli
@Panacea, wybacz, że to jeszcze nie był koniec ;)
I tak na koniec dla "naczelnego" hejtera tego tematu...Wyobraźmy sobie czysto hipotetycznie, że w wyborach samorządowych głos oddaje 6% z 14 000 uprawnionych, czyli 840 osób. Albo 3% (420 osób) czy nawet 1% (140 osób). Z punktu widzenia prawa wynik nadal byłby w pełni ważny, bo w wyborach samorządowych nie obowiązuje żaden próg frekwencji – mandat otrzymuje ten, kto zdobył najwięcej głosów.Te liczby pokazują jedno: system nie opiera się na założeniu, że nieobecni „głosują przeciw”. Prawo świadomie akceptuje sytuację, w której decyzje zapadają przy niskiej frekwencji, bo inaczej każda bierność paraliżowałaby funkcjonowanie gminy. I to właśnie dlatego argument „to tylko kilka procent” sam w sobie niczego nie rozstrzyga.Ps. Przepraszam za łamanie nEtykiety i floodowanie, ale to przez ograniczenia znaków w jednym poście ;)
Dla porządku warto dodać jeszcze jeden fakt liczbowy. Obecna burmistrz uzyskała 3 709 głosów, co przy ok. 14 000 uprawnionych daje ok. 26,5%. To niewiele mniej, jak łączne poparcie wszystkich radnych (26,9%).Wniosek pozostaje ten sam: przy takiej frekwencji nikt nie ma liczbowego „mandatu większości miasta”, co jest normalne w demokracji lokalnej. Dlatego w sprawach społecznie wrażliwych konsultacje z mieszkańcami nie są podważaniem wyborów, lecz ich naturalnym uzupełnieniem.
W odpowiedzi na powtarzany argument „800 vs 14 000 = ok. 6%” warto uporządkować fakty. Ok.14 000 to liczba uprawnionych do głosowania, a demokracja lokalna nie działa na zasadzie biernej zgody większości, lecz poprzez aktywność (wybory, petycje, konsultacje, referendum).Petycja nie jest referendum, lecz sygnałem społecznym — i spełniła swoją rolę, uruchamiając debatę i doprowadzając do uchylenia uchwały. Spójrzmy jednak na te same liczby konsekwentnie: łącznie na radnych oddano 3 765 głosów, czyli 26,9% uprawnionych, a to poniżej 30% progu ważności referendum. Zatem nikt nie ma „mandatu większości miasta”.W takiej sytuacji jedyną uczciwą drogą są otwarte konsultacje z mieszkańcami (art. 5a u.s.g.), a nie wzajemne etykietowanie się „mniejszością” czy „większością”.
@tytan57: Absens carens
@tytan57: Wystarczy, że Pani Burmistrz ani nikt z radnych nie zadzwonili, napisali, tylko za pewnik przyjęli opinię wynajętych "ekspertów", że to nie przejdzie przez Komisję Heraldyczną przy MSWiA
@tytan57: W demokracji lokalnej liczy się aktywność, a nie bierna większość. Petycja z 800 podpisami nie rozstrzyga „woli miasta”, ale była realnym sygnałem sprzeciwu, który uruchomił debatę publiczną – i to jest jej rola. Równie dobrze mogła powstać kontrpetycja, mogła przyjść na sesję zorganizowana grupa opowiadająca się za zmianą sztandaru, albo można było zebrać podpisy pod wnioskiem o referendum.Demokracja nie polega na tym, że liczymy nieobecnych, tylko że ci, którym zależy, korzystają z dostępnych narzędzi: petycji, udziału w sesji, konsultacji czy referendum (które ma swoje ustawowe progi frekwencyjne). Skoro jedni z tych narzędzi skorzystali, a drudzy nie – to nie jest „teokracja”, tylko normalne działanie mechanizmów partycypacji.
Weź pigułkę, weź pigułkę
@Rysiekzpolski: Wywiesił na drzwiach kościoła 31 października i zawarł tam 95 tez
Troska o zwierzęta jest ważna i nikt tego nie kwestionuje – przypomina o tym nawet film „Wszystkie psy idą do nieba”. Ale symbole wspólnoty też mają znaczenie: nikt w Poznaniu nie mówi, że koziołki na ratuszu są ważniejsze od etyki czy wrażliwości społecznej – one po prostu opowiadają historię miasta. Tak samo jest ze sztandarem Limanowej: to rozmowa o tożsamości i dialogu z mieszkańcami, a nie konkurencja z innymi, równie istotnymi sprawami.
Przypomniał mi się słynny cytat ze starego serialu "Szpital na peryferiach", ale ja bym obecną sytuację nazwał raczej zwyczajną ignorancją, z elementami pierwszego grzechu głównego ;)
Co do owej Mieszkanki, serce roście, że ktoś w tak prosty sposób utarł nosa "autorytetom".Odnośnie petycji, to gwoli ścisłości i sprawiedliwości została utworzona 2 dni po tym, jak Pani Burmistrz na łamach portalu pewnej stacji radiowej zapowiedziała zmianę uchwały, co oczywiście nie umniejsza w niczym działaniom Tusika ;)
Dzisiejsza sesja pokazała jedno: problemem nie była sama symbolika, lecz sposób podejmowania decyzji. Dobrze, że uchwała została uchylona i że stary sztandar ma zostać odnowiony.Jeśli jednak miasto wróci do prac nad nowym sztandarem, warto oprzeć je na rzeczywistych konsultacjach z mieszkańcami w trybie art. 5a ustawy o samorządzie gminnym – otwartych i powszechnych. Opinie rady/rad parafialnych czy innych środowisk bądź wyłącznie chętnych osób mogą być ważnym głosem, ale jako element konsultacji, a nie ich zastępstwo. Tylko taki tryb pozwoli uniknąć podobnych napięć w przyszłości.
@Panacea: Odnowienie starego sztandaru nie wymaga konsultacji z mieszkańcami, bo to czynność czysto techniczna, natomiast wnioskowane opracowanie nowego owszem, ale nie dla wybranych i chętnych personalnie, tylko w trybie art. 5a ustawy o samorządzie gminnym.
Radny Janusz Kądziołka pytał, gdzie jest przepis prawa nakazujący zmianę sztandaru – takiego nie wskazano, bo nie istnieje. Konsultacje w sprawie symbolu miasta są dopuszczalne i uzasadnione (art. 5a ustawy o samorządzie gminnym).To nie obrona starego sztandaru była działaniem konfliktowym, lecz decyzja o usunięciu symbolu. Powoływanie się na heraldykę jest nadużyciem – motywy sakralne są dopuszczalne, co potwierdzają liczne polskie herby i sztandary zatwierdzane przez MSWiA.Straszenie „konsekwencjami prawnymi” bez wskazania przepisów oraz sugerowanie, że mieszkańcy „się nie znają”, to nie argument – to paternalizm.Kto z Matką Boską/Sacrum wojuje (choćby przez niewiedzę), ten może się na tym wyłożyć. To samo z uznawaniem wyborców za motłoch potrzebny jednorazowo do postawienia krzyżyka przy nazwisku.
Co ten erystyczny post ma wspólnego z treścią i istotą artykułu?
Przepisy prawa budowlanego nie dopuszczają takiej możliwości. To jest jedna działka ewidencyjna.Inna sprawa, że termin robót mógł być określony na mniej "inwazyjny" dla mieszkańców i turystów okres, ale jeśli ktoś tego nie s********ł na etapie zamówienia, to widocznie takie terminy inwestycji
Patrząc na "stare" nicki i wiedząc, kto z nich piszę myślę, że za hipokryzję nawet mojemu "serdecznemu przyjacielowi" JP na 100% by się zmarszczyły włosy na głowie